Od kilku miesięcy nic się specjalnie nie zmienia w moim życiu. Studia, AIESEC, praca. I ktoś.
No tak, zdarza się.
Porzuciłam teatr, o którym jeszcze niedawno pisałam z takim uwielbieniem. Nie. To jednak nie to, na pewno nie to.
Nie zrozum mnie źle, ja nadal kocham teatr i wszystko, co z nim związane, ale po pewnym przychodzi taki moment, w którym zaczynamy dostrzegać wady tego, co wcześniej idealizowaliśmy.
(Czy ja nadal mówię o teatrze...?)
Kocham moment, w którym dostajemy nowy scenariusz. Szczególnie, gdy sami mamy sobie wybrać role. Siadamy, czytamy, dzielimy się spostrzeżeniami... Najczęściej się ze sobą zgadzamy. Szczególnie wtedy, gdy każdy z nas dostanie do ręki egzemplarz jakiegoś kompletnego gówna.
Kocham pierwsze próby, gdy jesteśmy na świeżo z nowym tekstem i zaczynają się tworzyć jeszcze raczkujące i nieraz absurdalne, awykonalne pomysły.
Kocham przygotowania przed samą premierą. Sto razy przypominamy sobie, czego jeszcze potrzebujemy. Do niedawna chwytało się za telefon i "Damiaaan... Mógłbyś wziąć z domu...?", później sytuacja zrobiła się troszeczkę zbyt skomplikowana.
I najważniejsze, kocham premierę, kocham patrzeć na moich rodziców siedzących na widowni, na przyjaciół, którzy przychodzą, choć piątkowy wieczór mogliby spędzać inaczej, na pozostałych aktorów, z którymi stworzyliśmy "coś" z kilku słów nabazgranych na kartce papieru.
Nadal trwam na studiach, które czasami doprowadzają mnie do szału, do płaczu i do randomowych podróży gdzieś na koniec Polski.
Poszłam na matematykę nie chcąc być matematykiem.
Poszłam na specjalność nauczycielską nie chcąc być nauczycielem.
Po kilku tygodniach praktyk w szkole podstawowej (nawiasem mówiąc, mojej szkole podstawowej) odkryłam, że to była dobra decyzja. Chcę uczyć. Naprawdę chcę uczyć. I bardzo lubię dzieci.
Może jednak niektóre wybory, które początkowo wydają się totalnie do dupy, po pewnym czasie okazują się bardzo dobre?
Teraz jest tak samo.
Wkurzam się na siebie. Wkurzam się na masę obowiązków. Wkurzam się na wolontariuszy, z którymi mam rozmawiać na Skype. Wkurzam się na sekretarki w szkołach, które nie chcą mnie przełączyć do dyrekcji. Wkurzam się.
A potem znajduję sobie cel, punkt zaczepienia, i poświęcam mu całą uwagę, kompletnie nie zajmując się tymi wszystkimi innymi rzeczami.
Tak jest też teraz.
Wymyśliłam sobie coś, co chcę osiągnąć i choćbym miała stanąć na rzęsach to tak się stanie!
A co jest najlepszego w AIESEC? Konferencje! Trudno o lepszą zabawę. Trzy dni gdzieś w jakiejś głuszy, dużo alkoholu, wielu fantastycznych ludzi (często też z zagranicy), imprezy tematyczne...
Czekam z niecierpliwością na kolejną!
~ * ~
A jednak mimo to czasem mam ochotę wszystko rzucić w cholerę.
Najczęściej ogarnia mnie takie myślenie po dłuższych spotkaniach z K. Dotyczy to głównie wszelkich relacji międzyludzkich i związków. Dlaczego?

Pytasz dlaczego?
OdpowiedzUsuńSadząc po (chyba) dwóch latach prowadzenia bloga bardzo niewiele się zmieniłaś pod tym względem. . .
Pozdrawiam Gabriela Hermes
Wciąż masz ochotę wszystko rzucić w cholerę.
OdpowiedzUsuńWciąż zmiany i brak zmian.
potrzeba obowiązków i zarzekanie na to że jest ich tyle.
Miłość to teatru i odtrącanie go.
Mężczyzna (zawsze jakiś bedzie ;-])
Działając w ten sam sposób nie oczekuj innych efektów . . . itd.
Pozdrawiam Gabriela Hermes